Leki, bez których nie chce się żyć

Wpis powstawał stopniowo, i również stopniowo publikowany był na fanpage’u, oznaczony jako #dawneleki. A teraz czas zebrać powstałe w tym temacie teksty w jeden słodki, aromatyczny i rozgrzewający ulepek.

Normalnie cieszę się jak dziecko na te ilości cukru, miodu i… czekolady!

Apteka niczym pracownia cukiernicza?

Tak, tak, nie zaszła żadna pomyłka, jesteśmy wśród przepisów na leki. Wydana w 1816r w Warszawie: „Formulare czyli Nauka o sztucznem przepisywaniu lekarstw: z wyrytą znaków farmaceutycznych tabellą” Jana Bogumira Freyera zawiera ogromną ilość cudownych receptur.

Niektóre przepisy wyglądają prawie, jak cukiernicze. Prawie. Cukiernicy nie dodają na przykład korzenia wymiotnicy do swoich produktów, a aptekarze bywało, że i owszem. Bo pamiętać też trzeba zawsze: leki nie są cukierkami!!!

To może kołaczka na dobry początek? Kołaczki, inaczej zwane placuszkami (uroczość master level, przyznacie sami), były to hmmmm… w zasadzie ciastka, z rozprowadzonym w nich lekiem w formie stałej. Z założenia miały być przyjemne w smaku i mieć apetyczny zapach. Mogły być zaokrąglone, trójkątne, walcowate – zależnie od woli aptekarza

Jakież to leki mogły być w placuszkach? Sypkie proszki, kwiaty, opium (!), ekstrakty, oleje, balsamy, tinktury (nalewki) – musiały spełniać tylko podstawowy warunek: nie mogły przeszkadzać w przyjemnym smaku i zapachu. Składniki lecznicze obtaczano w cukrze, syropach, miodach przaśnych (nieprzetworzonych, najczęściej jeszcze w plastrach), gumie arabskiej i tragakancie, krochmalu, soku lukrecjowym, a także… „czekuladzie”. O ludzie, mieć dzisiaj „czekuladę” na recepturze!…

Aptekarz dobierał „przyzwoite proporcje” między składnikiem, co leczy, a składnikami, co smakują. I produkował placuszki w zaciszu swojej receptury… A potem pacjent zażywał placuszki, które rozpływały mu się w ustach, i lek podany.

Taka postać leku miała mieć szereg zalet, np. bezpośrednio działać na wnętrze jamy ustnej, a także gruczoły przylegające np. gruczoł tarczowy (aaah, co za śmiała teoria…). No i eliminowała skutecznie, u dzieci i u dorosłych, „wstręt urojony lub rzeczywisty”. Do leków rzecz jasna.

Kołaczki nie nadawały się do leczenia poważniejszych chorób.

O, tutaj pyszny placuszek działający wykrztuśnie, stosowany w mokrym kaszlu i stanach zapalnych oskrzeli. Z czekoladą, a jakże. Ale także z korzeniem wymiotnicy, więc już pozwólcie entuzjazmowi powoli opadać. I tak, jestem fanką czekolady, tu mnie macie.

Przepis i zapis oryginalny:”R. Rad. Jpecacuanhae pulv: Scrup. Unum Ammonii muriatici Unc: dimid: Chocolatae Sesquiunciam Gummi Mimosae Dr: duas M: exacte F: inde cum Aquae fintanae S; q: lege artis trochiscu Nro octoginta. Signa: Dwa lub trzy razy na dzień po iednym placuszku. „

Z ciekawostek: to w sumie niezbyt zapomniana forma leku. W Stanach Zjednoczonych, gdzie dostęp do medycznej marihuany jest lepszy, dość popularną formą podania są ciasteczka z konopiami… I okazuje się, że to kiepski pomysł. No bo jak tu ustalić dawkę, skoro ziołowy surowiec leczniczy rozkłada się nierównomiernie w ciasteczkach? A zatrucia dzieci po zjedzeniu takich ciasteczek, to jeden z istotnych powodów hospitalizacji dzieci w USA.

A jeśli nie kołaczek, to może choć kąsek (Bolus)? Kąsek jest, cytuję za Freyerem, „formą stałą, do wewnętrznego użycia jedynie przeznaczoną, którey poftać ieft kulifta, wielkości takiey, aby się bez sprawiania przykrości w wydrążeniu uft mieścić mogła i przy tem była miękką, lecz nierozpływaiącą się, ciągłą i w smaku przyiemną”. Czyli ciągutki. Normalnie regularne ciągutki!

W jednym kąsku była dawka pojedyncza leku („doza szczególna”). Kąski niestety łatwo twardniały, co było ich wadą. Wydawane były w pudełku, dodatkowo każdy z nich powinien być owinięty w woskowany papier.

Dziś co prawda poniedziałeczek – szkaradeczek, ale niech to nikomu nie popsuje humoru, już do Was pędzę z „pigułkami, bez których nie chce się żyć”.

Najpierw jednak krótka nauka o pigułkach, czyli ciąg dalszy użytecznej książki Freyera. Przekonamy się w czym tkwią tutejsze „Historie…”

Ano tkwią w masie „gładkiey” i przez aptekarza „przyzwoicie mieszaney”. Mieszanie nieprzyzwoite, jak widać, nie jest tematem bieżącej rozprawy

Wg autora to gałeczki z miękkiej elastycznej masy, bardzo niewielkie, przeznaczone do połykania. Aptekarz produkował pigułki starannie dobierając masę, a często i rodzaj „wypełniacza” dla substancji leczniczej przepisanej przez lekarza. Żeby pigułki się nie sklejały ze sobą, aptekarz posypywał je obojętnym proszkiem, np. węglanem magnezu albo Lycopodium (zarodniki widłaka goździstego, rozpowszechnionej rośliny w Polsce). Były i wersje dla VIP-ów, tzn pigułki posrebrzane albo pozłacane.

Pigułki przechowywane były w pudełkach lub, jeśli miały w swoim składzie lotne substancje, w słoikach. Wytwarzanie pigułek wymagało od aptekarza dużo wiedzy na temat składników leczniczych, doboru masy zlepiającej, obliczanie dozy szczególnej (dziś powiemy: dawki pojedynczej) i ogólnej.

Zalety? Można w nich było podać wszystko, co miało paskudny smak i/lub zapach (np. czarcie łajno, czyli asafetydę, do poczytania tutaj: http://www.historiewpigulce.pl/…/smrodzieniec-czyli…/ ). To także pierwsze próby uzyskania leków o przedłużonym działaniu lub określonym miejscu uwalniania leku w przewodzie pokarmowym. To wreszcie uzyskanie większej trwałości leku niż np. w formie naparu. Pigułki nie nadawały się dla dzieci oraz osób z chorobami przewodu pokarmowego. Co przepisywano w pigułkach?

Wszystko, co drażniące i śmierdzące: asafetydę, aloes, sole rtęci i czystą rtęć także, żelazo, kamforę, belladonnę, opium, gencjanę, piołun i imbir, i wiele innych.

I dokładnie tak powstawały np. Pilulae sine quibus esse nolo – czyli „pigułki, bez których nie chce się żyć”.

Co to za cudo, i czy to były pierwsze antydepresanty? Hmmm…

Owe pigułki nie pozwalały na zaleganie flegmy (czyli jednego z czterech płynów ustrojowych, według teorii humoralnej rozwiniętej i upowszechnionej m.in. przez Hipokratesa) w mózgu i dawni pacjenci mogli się cieszyć jasnym, rzekłabym: „odflegmionym”, spojrzeniem na świat. Zawierały: aloes, senes, rzewień, powój, oraz kolokwinta (kuzyn arbuza).

Farmaceuci, lekarze i zielarze właśnie złapali się za głowy, już tłumaczę, dlaczego: bo to przeczyszczająca mieszanka wybuchowa, zestawienie naprawdę silnie działających surowców. Ona nie czyści łagodnie, nie przerywając snu. Ona to robi z siłą wodospadu… Dość wspomnieć, że Agrypina Młodsza (matka Nerona) mogła, według różnych źródeł historycznych, otruć cesarza Klaudiusza (własnego męża i jednocześnie stryja, ale co tam się będziemy czepiać), właśnie owocami kolokwinty dodanymi do potrawki grzybowej – czyli w trakcie rodzinnego obiadu.

Miodek lekarski. Sama słodycz, do rozpłynięcia się w ustach, „w smaku przyjemną i wonią przykrą nie rażącą”. Och, jak tu szaleć mógł aptekarz! Wreszcie nie obowiązywały go wymogi klarowności roztworu, musiał jedynie równomiernie rozetrzeć i zawiesić składniki w syropie, miodzie przaśnym, olejach lub balsamach płynnych. Skuteczność miodków lekarskich opierała się na odpowiednim doborze składników, a dopełniała ją symfonia smaku i słodyczy

W jakich sytuacjach zatem stosowano miodki? Cytuję: ” w cierpieniach niektórych kanałów, jako to, pokarmowego i oddechowego, ta forma jest bardzo szacowaną”. Sprawdzał się jako forma leku dla dzieci; miodkiem o odpowiednim składzie smarowano tez afty i owrzodzenia w jamie ustnej (np miodek na bazie miodu różanego, z ekstraktem mirrowym i rozcieńczonym kwasem solnym).

Kolejny rarytas: powidełka (Electuaria). Freyer nie używa nazwy „powidełka”, lecz „konfekt„. A cóż to takiego? Był to jeszcze jeden sposób, żeby podać choremu lek paskudny w swym oryginalnym smaku, tak, żeby chory nawet nie poczuł, że spożył coś paskudnego. Ot, taka odwieczna historia aptekarsko – lekarskich dążeń, żeby chorego przechytrzyć i podać mu, co trzeba.

Okazało się bowiem, że powidła ze śliwek lub daktyli, świetnie łączą się z wieloma substancjami leczniczymi, maskując przy tym ich przykry smak lub zapach. I tak oto do powidełek pakowano wszelkie oleje, balsamy, stałe substancje ziołowe lub mineralne, z wyjątkiem: soli rtęci, substancji bardzo silnie działających, środków wpływających na fermentację (w jelitach), np soli amonu oraz tych wyjątkowo paskudnych w smaku i zapachu, np. asafetydy (ale tej już nic nie pomoże, jak już stali czytelnicy powinni kojarzyć).

Na sygnaturze umieszczano dawkowanie dla chorego, zwykle opisując barwnie pojedynczą dawkę: porównywano bowiem jej wielkość do powszechnie znanych przedmiotów, np do orzecha laskowego, gałki muszkatołowej, od biedy do łyżeczki do kawy.

Kolejna postać leku wonna i przyjemna: ulep, czyli słodko – kwaskowaty napój, do popijania przez cały dzień. Tutaj nie wyznaczano dawki pojedynczej, tylko ogólną zawartość substancji leczniczej w całej objętości ulepu. Przykład? Drodzy Państwo, doskonały przykład ulepu z pewnością macie Państwo w domach, oczywiście w formie ugładzonej i ugrzecznionej. Mowa o wynalazku amerykańskiego farmaceuty, Johna Pembertona, który wymyślił kojący nerwy napój na bazie wyciągu z orzeszków coli i liści koki, i sprzedawał go z saturatora, jako orzeźwiający napój. Tak, tak, to właśnie Coca-cola

A prawie na sam koniec wina sztuczne (Vinum factitum), czyli takie „pra-biovitale”

Składały się z wody źródlanej oraz, cytuję: „wyskoku 2 razy oczyszczonego, zwyczayną moc maiącego (t.i. 84* Akoholometeru Rychtera)” zmieszanych tak, aby otrzymać maksymalnie sześcioprocentowy (wg wspomnianego alkoholometru, który brał pod uwagę zawartość wagową, nie objętościową) roztwór alkoholowy. W powstałym płynie można było rozpuścić ekstrakty roślinne, a także np. sole żelaza, i w ten sposób podawać choremu.

Jak delikatne wino. Dzisiejsze toniki zdrowotne, stanowią pochodną sztucznych win. Są wciąż chętnie dawane pod choinkę rodzicom i dziadkom: na krążenie, na trawienie, na pamięć… Są już jednak bez alkoholu (który negatywnie oddziałuje z lekami branymi stale w wielu schorzeniach), a często i bez cukru.

A już zupełnie na sam koniec crème de la crème dawnych leków.

Proszki do kichania (errhinum), czyli, cytuję: „proszek w różnym zamiarze w nozdrze wprowadzony , a gdy takowy w błonie drażliwey Sznaydera wrażenie oraz kichanie zwykle sprawuie, rozumie się tym wyrazem pospolicie śrzodek do zrządzenia kichania slużący” (zaczyna się ciekawie…) (potem będzie już tylko lepiej), i zalecenie wciągania proszku przez nos cztery razy dziennie, zamiast tabaki.

Proszę wybaczyć, lecz cytuję dzieło Freyera: „proszek do chędożenia zębów”, czyli do ścierania „mułu” (z zębów) i wzmocnienia dziąseł. Ponieważ proszek ma ścierać muł, to „subtelney miałkości nadawać mu nie potrzeba”. Słowem – piach w zębach.

Proszek do dmuchania w oko (Xerocollyrium), do leczenie zaćmienia błony rogowej oka, do wdmuchiwania w oko z najwyższą ostrożnością lub nanoszenia na miejsce cierpienia metodą piórka

Prawda, że już Wam troszkę lepiej? Albo przynajmniej trochę weselej?

To dobrze. I pamiętajcie, że to dzięki farmacji

😁

( Poza książką Freyera korzystałam również z: W.S.C.Copeman, A Short History of the Gout and the Rheumatic Diseases, e-book, Univeristy of California Press