epidemie

Strzeż się powietrza i kobiet – Dżuma, cz. II

Odległe czasy, powiecie. Teraz jest inaczej, pomyślicie, nowocześni ludzie ery nowoczesnej epidemii. Jakie głupoty wtedy ludzie wyprawiali, przemknie Wam przez myśl, ludzie ery antybiotyków.

Otóż nic bardziej błędnego.

Wszystko jest dokładnie tak samo, a kwestia rozwoju techniki i farmakologii naprawdę nie ma nic do rzeczy.

Przeczytajcie…

Uciekaj daleko, nie wracaj długo

Podobno początek powiedzenia „na zdrowie” wypowiadanego, gdy ktoś kicha, ma swoją genezę w czasach morowej zarazy… W języku angielskim powiedzenie to ma daleko bardziej dramatyczny wydźwięk: (God) bless you – niech cię Bóg błogosławi i ma w swojej opiece… 😉

Dżuma nie omijała nikogo. Jednakże to głównie biedni stawali się jej ofiarami. Bogaci mogli sobie pozwolić na ucieczkę z zatłoczonych miejscowości, szukać schronienia na wsi, w odosobnieniu, w swoich posiadłościach. Tak przecież powstał Dekameron Boccacia, kiedy to prawdopodobnie w latach 1350-1353 grupa młodych ludzi uciekła z Florencji nękanej przez dżumę.

A teraz zastanówcie się, kto pracuje zdalnie, kto udziela wywiadów telefonicznie, a jakże, a kto musi codziennie wyjść z domu i pójść do pracy. Kto spotyka się z innymi ludźmi i kto pozostał na swoim miejscu i robi, co do niego należy, żeby nadal ratować chorych.

Kto pomagał chorym?

Władze? Wolne żarty, władze były zwykle dawno w swoim luksusowym wiejskim odosobnieniu. Medycy? Hm, niektórzy tak. Wielu natomiast, podobnie jak wspomniane władze, oddalało się w porę, aby uciec przed zarazą.

Zostawali często zakonnicy i księża. Jeśli myślicie, że wspierali tylko i wyłącznie duchowo, to grubo się mylicie.

Św Karol Boromeusz, kardynał Mediolanu, nie tylko wspierał duchowo mieszkańców włoskiego miasta podczas epidemii dżumy w latach 1576-1577. Podczas, gdy wszyscy, którzy mogli, uciekli, on wraz z grupą księży zorganizował całkiem profesjonalną, jak na owe czasy, opiekę medyczną. Izolował chorych w lazaretach, z własnych środków sponsorował remont szpitala i sprowadził do miasta lekarzy. Propagował dezynfekcję rąk octem, unikanie zakażonego powietrza oraz higienę. Do Mediolanu sprowadził też… kozy, aby urodzonym w czasie zarazy niemowlętom nie zabrakło mleka.

W 1348r w Montpellier w całym klasztorze dominikańskim przeżyło tylko 7 braci, spośród 140 zamieszkujących klasztor przed epidemią. W Anglii rok później, na skutek tej samej zarazy, zmarła ponad połowa duchownych posługujących w tym kraju.

Z kolei benedyktyni już od wczesnego średniowiecza sprawowali opiekę nad chorymi i niepełnosprawnymi, organizując i zakładając pierwsze szpitale.

Cóżeś ty za aptekarz, skoro przed morem uciekasz *

Aptekarz był również tym, który zwykle zostawał w swojej miejscowości w trakcie epidemii, i często nadzorował wtedy ludność. Oficjalnie w Polsce to zadanie nadał aptekarzom królewski przywilej w 1612 roku.

Cały czas tak samo. Anno Domini 2020, brakuje medyków, nie da się uzyskać recept – aptekarz dostaje, ekhem, przywilej wystawiania recept farmaceutycznych, żeby odciążyć system i wspomóc chorych. Dla Waszej informacji: przywilej działa już dawno, w minimalnie zmienionym kształcie, przywilej jest odpowiednio nagłaśniany, a jak przychodzi co do czego, to i tak aptekarzy miesza się z błotem i zapomina o ich jakichkolwiek zasługach.

Łukasz Drewno Bolesław_Podczaszyński_1852 licencja Public Domain

Łukasz Drewno, warszawski aptekarz, w latach 1624-1625 pełnił funkcję tzw burmistrza powietrznego. Włodarze miasta zwykle wyjeżdżali do swoich posiadłości poza miastem, a w mieście dotkniętym zarazą trzeba było ustanowić kogoś, kto będzie nadzorował ludność i władał miastem w zastępstwie. Urząd burmistrza powietrznego powierzano osobie rozsądnej, uczciwej, dobrej, ale też takiej, której by się bano. Dyscyplina musi być, i ordung tez, zwłaszcza gdy zaraza szaleje wokół.

Jak na aptekarza przystało, Łukasz Drewno pozostał w Warszawie, tak na marginesie: jako jedyny (!) przedstawiciel zawodów medycznych. Nadzorował chorych, ewidencjonował zmarłych; zwrócił także uwagę na rolę izolacji osób chorych od zdrowych. Opisywał również leki podawane chorym.

Podczas epidemii dżumy w Warszawie – a wiemy to właśnie z zapisków Łukasza Drewny – oddzielano chorych od zdrowych. Chorych zwożono na wyspę na Wiśle, strefa izolacyjna została utworzona na Kępie Pólkowskiej (jej dzisiejsza pozostałość to Kępa Potocka). Gdy zaraza rozprzestrzeniała się, izolowano i oddzielano murem całe fragmenty miasta. Zadżumione domy zabijano deskami i oznaczano czarnych krzyżem. Porządku w tym przedsięwzięciu pilnowała policja sanitarna, bo doskonale wiemy, że nie wszyscy ludzie są jednakowo zdyscyplinowani, prawda? Wyznaczano tragarzy do wynoszenia zmarłych oraz tzw. wyganiaczy do przepędzania spod miasta potencjalnych zarażonych. Więźniowie, pod nadzorem, sprzątali ulice, a powietrze odświeżano (?) palonym prochem (mimo, że palony proch śmierdzi charakterystycznie, w przybliżeniu siarką i zgniłymi jajami, i z odświeżaniem nie ma wiele wspólnego).

Drewno „dorobił” się ulicy swojego imienia, na warszawskim Powsinie.

Jan Alembek z kolei był aptekarzem z Lwowa. Tamże, w 1625r, po wygaśnięciu zarazy napisał książkę „Apteka mego doszwiatszenia jak w Niemczych, tak w Polszcze y we Wloszych czasu powietrza morowego”.

W tym dziele sformułował sposoby zapobiegania dżumie (wymieniane już wcześniej przez Marcina Miechowitę), które na własny użytek nazwijmy zasadą unikania pięciu „f”, czyli: fatiga (zmęczenia), fames (głodu), flatus (powiewów) oraz uwaga: fructus (owoców) i … femines (kobiet). Według Alembeka słusznym przedsięwzięciem w ramach ochrony przed zarazą, było pozbycie się kobiet z domu. Poza tym polecał w celach zapobiegawczych stare węgierskie wino, flebotomię (upuszczanie krwi), wywoływanie wymiotów oraz ogień ze zdrowych drzew do oczyszczania powietrza.

Oczywiście pozdrowienia dla aptekarzy czasów koronawirusa 😉 Widzicie? Nic się nie zmieniło, epidemia, nie epidemia, nadal robimy swoje.

Ocena rokowań

Pamiętacie krótką poniedziałkową pigułkę (#pigułkawponiedziałek) o dawnej analityce medycznej? O tutaj (KLIK)? Jeśli tak, to wiecie, jak istotną rolę przywiązywano do analizy moczu dostępnymi, zwykle organoleptycznymi, metodami.

W przypadku dżumy do określenia rokowania badano mocz chorego i wylewano na pokrzywy (jeśli pokrzywy nie czerniały i nie ginęły po tym eksperymencie – chory miał szansę na przeżycie) lub dodawano do moczu mleka kobiecego (jeśli mleko opadło na dno… no, lepiej, żeby nie opadało…).

Miazmaty i duch epidemii

Miazmaty były to wyziewy zepsutego, zgniłego powietrza, które psuły i zanieczyszczały zdrowe powietrze. One to miały powodować pojawienie się i rozprzestrzenianie zarazy.

Teoria stara, bo sięgająca aż czasów Hipokratesa i Galena. Miazmaty powstawały, bo akurat planety tak się ustawiły, albo pochodziły z wnętrza ziemi, albo z bagien i innych nieprzyjemnych miejsc. W końcu niejaki Thomas Sydenham wykoncypował sobie jakimś cudem, że w sumie miazmaty pojawiały się właściwie codziennie, w rożnych miejscach, ale dopiero szczególna konfiguracja innych zdarzeń naturalnych, równoczesnych z miazmatami, mogła być niebezpieczna. Wtedy mógł bowiem pojawić się wyższy byt: duch epidemii, stwarzający nowe, zaraźliwe choroby… Brzmi co najmniej jak pomysł na horror.

Es stinkt pestlich czyli język niemiecki jak zawsze niezawodny

Miazmaty w dżumie brały się z charakteru i przebiegu choroby – postać dymieniczna dżumy powodowała, ze chory gnił za życia. Nie nadążano wywozić trupów. Dlatego teoria miazmatów tak świetnie się sprawdzała w przypadku dżumy. I dlatego nazywano ja „morowym powietrzem”, a w Prusach mówiono Es stinkt pestlich czyli „śmierdzi dżumowo”, jeśli była mowa o potężnym smrodzie. Nawet dawny język niemiecki stawał na wysokości zadania 🙂

W XVIIw Marcin Jerzy Sokołowski w swoim „Bonae spei Promontorium albo o Morowym Powietrzu Nauka” pisze: „gdy zdrowy człowiek na tak jadowitą parę trafi, albo z którym zapowietrzonym gadać [będzie] z ust zapowietrzonego na ciebie zdrowego pójdzie, i tak się uchwyci i przeciśnie się per poros w ciało, które tak zapala i zaraża, iż krew zarażona przecisnąwszy się do serca zamorzy człowieka”. Czyli dżuma miała rozprzestrzeniać się w ten sposób, że morowe powietrze wchodziło przez pory do zdrowego organizmu, i wywoływało objawy choroby.

A zatem…

…strzeż się tego, co przyciąga złe powietrze!

Oj strzeż się, strzeż…

Grzechu i zepsucia się strzeż: zamykano gospody, odwoływano jarmarki, tańce, łaźnie i inne niecnoty…

Świń tez się strzeż. Świnie śmierdzą, miazmaty wokół nich się jakby kondensują…

Psów i kotów, i innych zwierząt się strzeż: wiadomo, gdzie toto łazi i co ze sobą wlecze, jakie odory?

I cebuli nie jedz, z ciepłym chlebem tym bardziej, a jak popijesz to wszystko alkoholem, to zaraza niechybnie cię dopadnie.

A najbardziej strzeż się wzroku niewiasty… Spojrzy taka na ciebie, i już po tobie…

I takimi teoriami żyła ludzkość czasów dawnych epidemii.

Weneckie wynalazki

Człowiek potrafi uczyć się na błędach i opierać swoje postępowanie na doświadczeniu, nie inaczej było teraz. Mistrzami w tej nauce byli mieszkańcy Wenecji.

Szczęścia do dżumy nie mieli. Jako popularny ówczesny port handlowy mieli, brzydko pisząc, przechlapane. W latach 900-1500 dżumę zawleczono do Wenecji aż 63 razy, co daje średnio 9-10 epidemii na każde 100lat.

To w Wenecji wdrożono jedne z pierwszych rozporządzeń izolacyjnych. Kwarantanna to właśnie wenecki pomysł; wcześniej próbowano izolacji trwającej około trzydziestu dni, jednak w przypadku dżumy ta długość okazała się niewystarczająca. Wydłużono więc czas trwania odosobnienia. Zarówno przypływające statki, jak i podróżni przybywający do Wenecji, byli poddani 40-dniowej izolacji, czyli kwarantannie (quaranta to po włosku czterdzieści). Pod koniec XIV w w Wenecji powstał urząd zdrowia oraz wydawano świadectwa zdrowia, co ograniczyło możliwości roznoszenia chorób zakaźnych, w tym dżumy.

Potrzeba matką wynalazków, dlatego w miarę upływu czasu i pojawiania się kolejnych fal epidemii, powstały takie oto machiny dezynfekcyjne w lazarecie w Wenecji:

– do dezynfekcji monet (po lewej) i listów (po prawej):

Plague apparatus from a lazaretto in Venice, two objects: left, to disinfect coins, right, to disinfect letters. Photograph. Credit: Wellcome Collection. Attribution 4.0 International (CC BY 4.0)

– oraz do dezynfekcji ubrań:

Plague apparatus from a lazaretto in Venice, used to disinfect clothing. Photograph. Credit: Wellcome Collection. Attribution 4.0 International (CC BY 4.0)

Przedmioty odkażano zwykle octem, czasem z aromatycznymi dodatkami… Ale nie uprzedzajmy faktów. Wiadomo już, jak zapobiegano dżumie, a jak ją próbowano leczyć?

Cdn …

*stare porzekadło wg Wojciecha Roeske i jego opracowania „Polskie Apteki”